Inie – złoty trójkąt

Indie odwiedziłem dwukrotnie, za każdym razem poznając zupełnie inny region kraju. Podczas pierwszej podróży którą odbyłem w październiku 2023 roku przemierzyłem najbardziej turystyczny i dość sztampowy szlak, obejmujący Nowe Delhi, Agrę i Waranasi. Wyprawę zakończyłem w Mumbaju, gdzie poznałem Hindusa, który kilka lat później dołączył do mojej kolejnej podróży — tym razem na Andamany i Nikobary oraz Sri Lankę. W drodze do Indii zatrzymałem się również w Kuwejcie, który udało mi się zwiedzić jedynie pobieżnie.

New Delhi – pierwsze zderzenie z indyjską rzeczywistością

New Delhi było moim pierwszym prawdziwym zderzeniem z indyjską rzeczywistością. Szok kulturowy, tłok, hałas, kurz i odór kanałów oraz wyschniętych, pokrytych śmieciami rzek mieszały się z intensywną wonią perfum i kadzideł. Właśnie tak zapamiętałem swoje pierwsze chwile w stolicy Indii.

Właściwie wszystko zaczęło się tuż po wylądowaniu. Gdy tylko wyszliśmy z samolotu na lotnisku w Delhi, uderzył nas charakterystyczny zapach tego kraju. Trudno go opisać, ale jeszcze trudniej pomylić z czymkolwiek innym albo wyrzucić z pamięci.

Wieczorem spotkaliśmy się z kierowcą tuk-tuka, który zabrał nas na niewielką lokalną imprezę. Następnego dnia obwoził nas po mieście, pokazując między innymi gurudwarę Bangla Sahib. W ogromnej świątynnej kuchni wolontariusze codziennie przygotowują bezpłatne posiłki dla tysięcy osób, niezależnie od ich pochodzenia czy wyznania.

Odwiedziliśmy także zabytkową studnię schodkową, jeden z miejskich parków oraz kilka miejsc, dzięki którym mogliśmy lepiej poznać lokalną kulturę. Specjalnie pominęliśmy wszystkie „ważne” zabytki Delhi aby móc po co wracać do tego magicznego kraju. Wszak dociera się tutaj głównie z Europy właśnie przez lotnisko w Bombaju lub New Delhi.

Spędziliśmy razem cały dzień, a na jego zakończenie dotarliśmy do Starego Delhi. To miejsce potrafi przyprawić o zawrót głowy. Krzyki sprzedawców, nieustanny uliczny gwar, tłumy ludzi i klaksony samochodów, riksz oraz motocykli tworzą ogłuszającą mieszaninę dźwięków. Dla osoby, która nigdy wcześniej nie była w Indiach, jest to prawdziwy szok — intensywny, chaotyczny i niemożliwy do zapomnienia.

Jaipur – różowe miasto

Jeszcze przed wyjazdem znaleźliśmy na Instagramie lokalne biuro podróży, które zorganizowało nam kierowcę oraz noclegi. Przez niemal cały pierwszy pobyt w Indiach podróżowaliśmy prywatnym samochodem. Dzięki temu wyjazd był wygodny i nie wymagał od nas samodzielnego planowania każdego przejazdu. Po latach sądzę że było to dobre rozwiązanie. Mogliśmy dotrzeć tam gdzie chcieliśmy bez żadnego wysiłku, częściowo omijając oczywiste miejsca.

Pierwszym odwiedzonym miastem była stolica Radżastanu, czyli Jaipur. Nazywa się go Różowym Miastem, ponieważ znaczna część budynków w jego historycznym centrum ma charakterystyczny różowy kolor.

Pierwszego dnia wybraliśmy się do Galtaji, rozległego kompleksu świątynnego znanego również jako Monkey Temple. Po drodze mijaliśmy Galta Kund oraz wspinaliśmy się w kierunku świątyni Surya Mandir. Trasa nie należała do najłatwiejszych. Mimo późnej pory temperatura nadal przekraczała 30 stopni, szybko zapadał zmrok, a do tego musieliśmy uważać na małpy, które potrafią zachowywać się agresywnie.

Kręta droga prowadząca przez wzgórza pozwalała zobaczyć mniej turystyczną stronę Jaipuru. Mijaliśmy lokalnych mieszkańców żyjących w niewielkich, ciasno ustawionych murowanych domach. Na niektórych zewnętrznych ścianach znajdowały się małe kapliczki i miejsca kultu.

Amber Palace

Następnego dnia ponownie wyruszyliśmy z naszym kierowcą. Pierwszym przystankiem był Jal Mahal, czyli Pałac na Wodzie. Zatrzymaliśmy się tam jedynie na kilka szybkich zdjęć, po czym ruszyliśmy do głównego celu tego dnia — Amber Palace, z którego rozciąga się panorama na okoliczne wzgórza i zabudowania.

Po drodze odwiedziliśmy również dość kontrowersyjne miejsce w którym długo nie zabawialiśmy. Rezerwat słoni w którym starsze osobniki, po latach pracy mogły odetchnąć na emeryturze. Za dodatkową opłatą można było je nakarmić, pogłaskać, dotknąć, a nawet pomalować ich skórę specjalnymi farbami. Była to atrakcja wyraźnie przygotowana z myślą o turystach – uciekliśmy szybko.

Później, za namową naszego kierowcy, pojechaliśmy do sklepu prowadzonego przez jego znajomych, aby kupić kilka pamiątek dla rodziny. Pozostałą część dnia spędziliśmy na pieszym zwiedzaniu Jaipuru i odwiedzaniu mniejszych, położonych poza głównym szlakiem świątyń.

Późnym wieczorem razem z poznanym Hindusem wybraliśmy się pieszo do Shri Khole Ke Hanuman Ji Temple. Dotarliśmy tam podczas wieczornych modlitw, co pozwoliło nam zobaczyć świątynię nie tylko jako turystyczną atrakcję, lecz przede wszystkim jako żywe i ważne dla miejscowych miejsce kultu.

Z Ranthambore do Agry

Następnie skierowaliśmy się na lokalny targ, gdzie kupiliśmy owoce i przekąski na dalszą drogę. Naszym kolejnym celem był Park Narodowy Ranthambore. Noc spędziliśmy tam w hotelu znacznie bardziej ekskluzywnym niż miejsca, które zwykle wybieraliśmy podczas naszych podróży.

Safari w Ranthambore

Następnego dnia wstaliśmy wcześnie rano i wybraliśmy się na safari. Po jego zakończeniu ponownie wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w stronę kolejnych atrakcji.

Po drodze zatrzymaliśmy się przy Chand Baori w miejscowości Abhaneri. To jedna z największych i najgłębszych studni schodkowych w Indiach. Jej tysiące symetrycznie ułożonych stopni tworzą niezwykły, niemal hipnotyzujący wzór. Budowlę można kojarzyć z licznych zdjęć, filmów oraz pocztówek z Indii.

Kolejnym przystankiem było Fatehpur Sikri. Zobaczyliśmy tam monumentalną Buland Darwaza, czyli Bramę Zwycięstwa. Za nią znajduje się rozległy dziedziniec meczetu Jama Masjid.

Po krótkim zwiedzaniu zjedliśmy szybką kolację i ruszyliśmy dalej. Tego dnia nie mogliśmy jednak pozwolić sobie na długie nocne spacery. Następnego ranka czekała nas bowiem wisienka na torcie całej wyprawy – Agra i słynny Taj Mahal.

Safari najlepiej zarezerwować wcześniej przez oficjalną stronę Departamentu Leśnego Radżastanu.

Agra – Taj Mahal, który jednak zachwycił

Wstaliśmy wcześnie, choć z powodu narastającego zmęczenia nie aż tak wcześnie, jak pierwotnie planowaliśmy. Gdy dotarliśmy pod Tadź Mahal, na miejscu było już całkiem sporo ludzi. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że najbardziej oblegane atrakcje warto odwiedzać zaraz po otwarciu. Nie chodzi wyłącznie o mniejsze tłumy, ale również o niższą temperaturę i łagodniejsze światło, które zdecydowanie sprzyja robieniu zdjęć.

Przed przyjazdem podchodziłem do Tadź Mahal dość sceptycznie. Zakładałem, że jest to jeden z tych zabytków, które wszyscy znają ze zdjęć, lecz na żywo niekoniecznie robią większe wrażenie. Bardzo szybko przekonałem się, jak bardzo się myliłem. Monument zachwyca już z daleka, ale dopiero z bliska można dostrzec ogrom pracy włożonej w jego budowę i dekorację.

Tadź Mahal powstał na polecenie mogolskiego cesarza Szahdżahana ku pamięci jego żony Mumtaz Mahal, która zmarła w 1631 roku podczas porodu ich czternastego dziecka. Budowa głównego mauzoleum rozpoczęła się w 1632 roku i zakończyła w 1648 roku, natomiast cały kompleks ukończono około 1653 roku. Pracowali przy nim kamieniarze, rzeźbiarze, kaligrafowie i inni rzemieślnicy sprowadzeni z różnych części imperium, a także z Azji Środkowej i Iranu.

Szczególne wrażenie zrobił na mnie biały marmur sprowadzony z Makrany w Radżastanie. W zależności od pory dnia jego powierzchnia przybiera nieco inny odcień — rano może wydawać się mlecznobiała lub delikatnie różowa. Światło wpadające przez misternie wykonane marmurowe kraty tworzy we wnętrzu niezwykłą atmosferę.

W centralnej komnacie znajdują się bogato zdobione cenotafy Mumtaz Mahal i Szahdżahana, które większość odwiedzających bierze za właściwe grobowce. Prawdziwe miejsca pochówku mieszczą się jednak poziom niżej, w niedostępnej dla turystów krypcie. Co ciekawe, cenotaf Mumtaz Mahal znajduje się dokładnie na osi budowli, natomiast później dostawiony grobowiec cesarza zaburza niemal idealną symetrię całego kompleksu.

Nasz przewodnik zwrócił również uwagę na cztery minarety otaczające główne mauzoleum. Według często powtarzanej opowieści zostały one delikatnie odchylone na zewnątrz, aby w przypadku trzęsienia ziemi przewróciły się poza główną platformę, a nie na centralną budowlę. Niezależnie od prawdziwości tej historii ich rozmieszczenie potęguje wrażenie harmonii i idealnie zaplanowanej kompozycji.

Najlepszą porą na odwiedzenie Tadź Mahal jest moim zdaniem wczesny poranek, zwłaszcza okres tuż po wschodzie słońca. Miękkie światło podkreśla wówczas detale marmuru, a temperatura jest jeszcze względnie znośna. Kompleks jest obecnie otwierany około 30 minut przed wschodem słońca i zamykany około 30 minut przed zachodem. W piątki pozostaje zamknięty dla zwykłego ruchu turystycznego, dlatego warto uwzględnić to podczas planowania podróży.

Po opuszczeniu Tadź Mahal odwiedziliśmy znajomych naszego kierowcy, którego zdążyliśmy już nazywać „dziadkiem”. Prowadzili lokalny sklep pełen ręcznie zdobionych blatów, szkatułek i innych marmurowych wyrobów. Wiele z nich wykonywano techniką przypominającą dekoracje Tadź Mahal, polegającą na precyzyjnym umieszczaniu kolorowych kamieni w wyżłobieniach białego marmuru.

ktualne informacje o cenach i sprzedaży biletów znajdują się na oficjalnej stronie Tadź Mahal.

Agra Fort

Następnie pojechaliśmy do Fortu Agra, nazywanego również Czerwonym Fortem Agry. Twierdza została przebudowana z czerwonego piaskowca za panowania cesarza Akbara w latach 1565–1573. Później Szahdżahan wzniósł w jej obrębie białe marmurowe pałace i meczety. Pod koniec życia został uwięziony w forcie przez własnego syna, Aurangzeba, i spędził tam osiem lat, aż do śmierci w 1666 roku.

Pozostałą część dnia spędziliśmy z naszym kierowcą i jego znajomymi, odwiedzając jeszcze warsztaty lokalnych rzemieślników. Wieczorem nadszedł jednak moment pożegnania. „Dziadek”, który woził nas niemal przez cały dotychczasowy pobyt, ruszył w swoją stronę. Od tej chwili byliśmy zdani wyłącznie na siebie — i właśnie wtedy nasza podróż po Indiach miała stać się znacznie mniej przewidywalna.

Bilety do zabytków w Agrze można kupować również przez oficjalną stronę ASI Agra Circle

Waranasi – miasto życia, śmierci i świętej Gangi

Z Agry do Waranasi ruszyliśmy nocnym pociągiem. Waranasi, znane również jako Benares lub Kashi, uchodzi za jedno z najstarszych stale zamieszkanych miast świata. Ślady osadnictwa na tym terenie sięgają co najmniej pierwszego tysiąclecia przed naszą erą, a już w VI wieku miasto rozwijało się jako ważny ośrodek pielgrzymkowy.

Miasto położone jest nad świętym Gangesem, który w hinduizmie nie jest jedynie rzeką, lecz boginią Gangą. Warto jednak wiedzieć, że Ganges nie wypływa bezpośrednio pod tą nazwą z jednego himalajskiego źródła. Potok źródłowy Bhagirathi bierze początek przy lodowcu Gangotri, a nazwę Ganga rzeka otrzymuje dopiero w Devprayag, po połączeniu z Alaknandą. Stamtąd płynie przez północne Indie, aby po około 2525 kilometrach dotrzeć do Zatoki Bengalskiej.

Najbardziej charakterystycznym elementem Waranasi są ghaty, które rozsławione są w Indiach, czyli szerokie, kamienne schody prowadzące do rzeki. Tradycyjnie wymienia się ich 84, rozmieszczonych na około sześciokilometrowym odcinku brzegu. Jedne służą do kąpieli i modlitwy, inne do prania, spotkań oraz ceremonii religijnych, a jeszcze inne przeznaczone są do kremacji. Kamienne nabrzeża zaczęto wznosić od XIV wieku, choć wiele widocznych obecnie pałaców, świątyń i schodów powstało w XVIII i XIX wieku dzięki władcom oraz zamożnym rodzinom z różnych części Indii.

Największe wrażenie robią Manikarnika Ghat i Harishchandra Ghat – dwa główne miejsca kremacji. Stosy drewna zalegające w pobliskich uliczkach nie są dekoracją ani przygotowaniem do festiwalu. Czekają na kolejne ceremonie pogrzebowe, które odbywają się tutaj bez przerwy, również nocą. W hinduistycznej tradycji śmierć lub kremacja w Waranasi może zapewnić zmarłemu mokszę, czyli wyzwolenie z cyklu kolejnych narodzin i śmierci. Z tego powodu rodziny przywożą tutaj ciała swoich bliskich z odległych regionów Indii.

Pracami przy stosach pogrzebowych tradycyjnie zajmują się przedstawiciele społeczności Dom. Historycznie należeli oni do grup poddawanych najgłębszemu wykluczeniu kastowemu, choć jednocześnie pełnili niezbędną i religijnie ważną funkcję podczas ostatnich rytuałów. Określenie ich po prostu jako „nietykalnych” byłoby dziś nadmiernym uproszczeniem. Indyjska konstytucja formalnie zniosła „niedotykalność”, lecz społeczne następstwa dawnych podziałów kastowych nadal mogą wpływać na życie tych społeczności.

Manikarnika to miejsce jednocześnie fascynujące, przytłaczające i trudne do opisania. W jednym miejscu spotykają się tutaj modlitwy, ogień, dym, stosy drewna, żałobnicy, pielgrzymi, turyści, kąpiący się ludzie i łodzie przepływające po rzece. Śmierć nie jest ukrywana za murami cmentarza lub krematorium. Pozostaje widoczną częścią codziennego życia miasta.

Według usłyszanej przez nas opowieści święty ogień w Manikarnika Ghat pali się nieprzerwanie od ponad trzech tysięcy lat, a od jego płomienia rozpalane są kolejne stosy. Trudno jednak traktować to jako możliwy do potwierdzenia fakt historyczny. To przede wszystkim miejscowa tradycja i religijna legenda, która podkreśla odwieczny charakter Waranasi. Sama nazwa Manikarnika również wiąże się z legendą – ma odnosić się do kolczyka bogini, który spadł w tym miejscu podczas pobytu nad Gangesem.

Zupełnie inne oblicze miasta można zobaczyć podczas ceremonii Ganga Aarti. Wieczorami na Dashashwamedh Ghat kapłani odprawiają rozbudowany rytuał ku czci rzeki. Przy dźwiękach dzwonów, śpiewie mantr i zapachu kadzideł unoszą wielkie, wielopoziomowe lampy oliwne. Ich zsynchronizowane ruchy oraz światło odbijające się w wodzie tworzą niemal teatralne widowisko. Ceremonia rozpoczyna się zwykle w okolicach zachodu słońca, dlatego warto pojawić się co najmniej kilkadziesiąt minut wcześniej lub oglądać ją z łodzi.

Poranne nabożeństwa mają spokojniejszy charakter. Szczególnie interesująca jest ceremonia na Assi Ghat, odbywająca się bardzo wcześnie, jeszcze przed pełnym wschodem słońca. Najlepszym sposobem na rozpoczęcie dnia w Waranasi pozostaje jednak rejs łodzią. Z poziomu rzeki można zobaczyć całe pasmo ghatów, poranne kąpiele pielgrzymów, modlących się mieszkańców, suszące się tkaniny oraz miasto stopniowo wyłaniające się z mgły i dymu.

Podczas odwiedzania ghatów kremacyjnych trzeba pamiętać, że nie są one atrakcją stworzoną dla turystów, lecz miejscem prawdziwych pogrzebów. Należy zachowywać ciszę, nie przeszkadzać rodzinom. Nagabywanie przez samozwańczych przewodników oferujących „najlepszy widok na kremację” także nie należy w Waranasi do rzadkości.

Informacje o ghatách, Gangesie, Sarnath i ceremonii Ganga Aarti można znaleźć w oficjalnym przewodniku po Waranasi.

Sarnath

Waranasi nie jest jednak wyłącznie miastem śmierci. Jest także miejscem nauki, muzyki, rzemiosła, świątyń i niezwykle wąskich uliczek, w których łatwo stracić orientację. Zaledwie około dziesięciu kilometrów dalej znajduje się Sarnath, gdzie według buddyjskiej tradycji Budda wygłosił pierwsze kazanie po osiągnięciu oświecenia. To miejsce zdecydowanie warto przeznaczyć dodatkowe pół dnia, szczególnie że znajdują się tam zabytki związane z cesarzem Aśoką i początkiem wspólnoty buddyjskiej.

Spędziliśmy w Waranasi kilka dni, lecz zdecydowanie zbyt mało, aby naprawdę poznać to miejsce. To miasto magiczne, straszne, piękne, dziwne i momentami trudne do zaakceptowania. Życie i śmierć nie stoją tutaj po przeciwnych stronach – istnieją obok siebie, oddzielone czasem zaledwie kilkoma schodami prowadzącymi do Gangesu. Waranasi bez dwóch zdań należy do miejsc, do których trzeba kiedyś powrócić będąc w Indiach.

Mumbai – spokojniejsze Indie i początek nowej znajomości

Mumbai przywitało nas zupełnie inną atmosferą niż miasta północnych Indii. Nie jest ono stolicą kraju, jak czasem błędnie się uważa, lecz stolicą stanu Maharashtra. Jednocześnie często określa się je mianem finansowej i handlowej stolicy Indii.

Pierwszym zaskoczeniem była względna cisza. O ile o takowej można w Indiach mówić. Kierowcy nie używali klaksonów tak często jak w New Delhi, Jaipurze czy Agrze. Słynne napisy „Horn OK Please”, widoczne wcześniej na tyłach ciężarówek i zachęcające do trąbienia podczas wyprzedzania, coraz częściej zastępowały tutaj znaki „No Horn”. Mumbai wydawało się bardziej uporządkowane, nieco spokojniejsze i – przynajmniej na pierwszy rzut oka – bliższe zachodnim metropoliom.

Poczucie większego porządku mieszało się jednak ze świadomością zagrożeń, których miasto doświadczyło w przeszłości. Na dworcach widzieliśmy liczne kontrole bezpieczeństwa oraz skanery rentgenowskie do prześwietlania bagażu. Szczególne znaczenie miało to na dworcu Chhatrapati Shivaji Maharaj Terminus, który był jednym z miejsc zaatakowanych podczas zamachów terrorystycznych w listopadzie 2008 roku. Widoczne zabezpieczenia przypominały, że za codziennym pośpiechem miasta kryje się również pamięć o tych wydarzeniach.

Sam dworzec jest jednym z najpiękniejszych budynków w Mumbai. Dawniej nosił nazwę Victoria Terminus, a jego budowa trwała dziesięć lat – od 1878 roku. Zaprojektowany przez brytyjskiego architekta Fredericka Williama Stevensa gmach łączy wiktoriański neogotyk z motywami zaczerpniętymi z tradycyjnej architektury indyjskiej. Wieżyczki, ostre łuki, rzeźby i ogromna kamienna kopuła sprawiają, że bardziej przypomina pałac niż działający dworzec kolejowy. W 2004 roku obiekt wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Postkolonialna architektura jest zresztą jednym z największych skarbów południowej części miasta. W okolicach dzielnicy Fort, Oval Maidan i nadmorskich promenad stoją obok siebie wiktoriańskie budynki publiczne oraz późniejsze kamienice w stylu art déco. Zespoły te zostały wspólnie wpisane na listę UNESCO w 2018 roku, ponieważ pokazują dwa różne etapy rozwoju miasta – kolonialną metropolię XIX wieku oraz nowoczesne Mumbai pierwszej połowy XX wieku.

Ciekawa jest również sama historia miasta. Dzisiejsza metropolia powstała z siedmiu oddzielnych wysp. W 1661 roku Portugalczycy przekazali je Koronie Brytyjskiej jako część posagu Katarzyny Bragançy, która poślubiła króla Karola II. Następnie wyspy wydzierżawiono Kompanii Wschodnioindyjskiej za symboliczną roczną opłatę. Stopniowe osuszanie terenu i łączenie wysp pozwoliło stworzyć miasto, które z czasem stało się jednym z najważniejszych portów i ośrodków handlowych Azji.

Odwiedziliśmy również zielony park położony na wzgórzu Malabar Hill. Z opisu i moich wspomnień wynika, że były to najprawdopodobniej Hanging Gardens, rozciągające się nad ogromnym podziemnym zbiornikiem wody pitnej. W czasie naszej wizyty mówiło się o planowanej przebudowie zbiornika, która mogła oznaczać wycinkę drzew i wieloletnie zamknięcie części ogrodu. Pomysł wywołał gwałtowne protesty mieszkańców. Pierwotny plan całkowitej rozbiórki został później wycofany, choć spór o przyszłość zbiornika i otaczającej go zieleni nadal się nie zakończył.

Najważniejszym wspomnieniem z Mumbai nie pozostały jednak budynki, parki ani zatłoczone ulice. Najważniejszy okazał się człowiek, którego tam poznaliśmy.

Couchsurfing

Przez aplikację Couchsurfing skontaktowaliśmy się z Sumitem. Zamiast ograniczać się do najbardziej znanych zabytków, pokazał nam mniej oczywistą stronę miasta. Zaprowadził nas do niewielkich lokalnych świątyń, oprowadzał po dzielnicach, do których prawdopodobnie sami nigdy byśmy nie dotarli, a nawet zaprosił do zakładu stolarskiego prowadzonego przez jego ojca. Dzięki niemu przestaliśmy patrzeć na Mumbai wyłącznie jak na ogromną metropolię i choć przez chwilę zobaczyliśmy je oczami jego mieszkańca.

Nasza znajomość nie zakończyła się wraz z wyjazdem z Indii. Przetrwała kolejne lata i stała się początkiem pomysłu na następną podróż. Kilka lat później ponownie spotkaliśmy się z Sumitem i wspólnie wyruszyliśmy na Andamany i Nikobary, do Chennai, ponownie do Mumbai, a następnie na Sri Lankę. Tym razem nasz indyjski przyjaciel nie był już tylko poznanym przez internet gospodarzem, lecz pełnoprawnym uczestnikiem wyprawy i lokalnym przewodnikiem. Ale to historia na zupełnie inną opowieść.

Mumbai miało również znacznie mniej reprezentacyjne oblicze. Nocowaliśmy na obrzeżach miasta, daleko od odrestaurowanych kolonialnych budynków, hoteli i nadmorskich promenad. Tam szczególnie widoczne było zanieczyszczenie kanałów i rzek. Woda miejscami przypominała gęsty ściek wypełniony odpadami, dlatego roboczo zaczęliśmy nazywać te cieki „rzygurami”.

Jednym z najbardziej znanych przykładów tego problemu jest rzeka Mithi, która przepływa przez silnie zurbanizowane dzielnice Mumbai. Przez lata trafiały do niej ścieki komunalne, odpady i zanieczyszczenia przemysłowe. Jednocześnie rzeka pełni ważną funkcję naturalnego kanału odprowadzającego wodę podczas monsunów, dlatego jej zablokowanie przez śmieci i osady zwiększa zagrożenie powodziowe.

Mumbai było więc miastem kontrastów. Z jednej strony monumentalne dworce, nadmorskie promenady, pałacowe hotele i eleganckie budynki art déco. Z drugiej – zanieczyszczone rzeki, biedne obrzeża i codzienne życie milionów ludzi próbujących znaleźć swoje miejsce w ogromnej metropolii. Najlepiej zapamiętaliśmy jednak gościnność Sumita, ponieważ to właśnie przypadkowe spotkania, a nie zabytki, najczęściej decydują o tym, dokąd człowiek chce kiedyś powrócić.

Informacja przydatna podczas planowania: na pierwszą wizytę warto przeznaczyć przynajmniej dwa pełne dni. Jednego dnia można pieszo połączyć Chhatrapati Shivaji Maharaj Terminus, dzielnicę Fort, Oval Maidan, Colabę, Gateway of India i Marine Drive. Drugi dzień warto przeznaczyć na Malabar Hill, świątynie, lokalne targi albo rejs na wyspę Elephanta. Najbardziej komfortowy okres na zwiedzanie przypada zwykle od października do lutego, gdy temperatury są łagodniejsze, a wilgotność niższa niż podczas monsunu.

Informacje o godzinach otwarcia i biletach do jaskiń znajdują się na oficjalnej stronie Archaeological Survey of India.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *